Wizyta w każdej współczesnej i relatywnie dużej metropolii - już z rzadka zaczyna się od przekroczenia miejskich rogatek. Samo sformułowanie zdaje się anachronizmem. Nie pasuje. Cóż, jeśli jeszcze istnieje gdzieś przydrożny witacz, prostokątna tablica z napisem „Warszawa” - to od paru dekad przysłania ją plątanina wiaduktów, szos i innych tablic. Znaków z precyzyjnymi instrukcjami jak i dokąd dojechać, mieszającymi się stopniowo z jeszcze innymi - gdzie szukać usług. Dzięki temu, w każdym przyzwoicie skomunikowanym mieście można się zwyczajnie i po prostu od tak pojawić. Bez powitania i choćby minutki celebracji. Zwłaszcza, jeśli akurat po drodze co innego zajmuje uwagę, niż widok zza szyby auta, samolotu czy pociągu. W takiej sytuacji można przyjąć, że choćby nasz warszawski Dworzec Centralny działa jak wrota teleportu z Pragi, Kijowa, Berlina, Odessy, Wiednia, Przemyśla, Białegostoku, Radzionkowa, Polički czy Międzychodu (choć o ostatnich miejscowościach, proporcjonalnie do skali, warto mówić już jako furtkach teleportacyjnych).
Wyraźnie pamiętam moment kiedy sam znalazłem się po raz pierwszy tu, w Warszawie. Przypominało to właśnie teleportację - nagły zrzut w środek nowej rzeczywistości. Przypuszczam, że to dysonans i odczucie wspólne dla ogółu przyjezdnych. Tych, którzy po wyjściu z dworca przeciskają się z walizką między taksówkami ustawionymi pod hotelem Mariott, a chwilę dalej rozpraszają gdzieś na skrzyżowaniu ulic Emilii Plater i Nowogrodzkiej, przy stojącym tu niewysokim szkolnym murku. Gdyby na nim usiąść - o każdej porze można słuchać trajkotu miniaturowych kółeczek dociążonych bagażem. Możliwe, że to jest właśnie odpowiednie, naturalne miejsce na witacz. Na pozdrowienie dla nowoprzybyłych.
Prace nad witaczem trwały przez kilkanaście ostatnich miesięcy jako wspólna inicjatywa warszawskich instytucji: Czeskiego Centrum i Komuny Warszawa. Patronatem Honorowym projekt objeli Ambasador Republiki Czeskiej w Polsce Jakub Dürr oraz Burmistrz Dzielnicy Śródmieście Aleksander Ferens. Do zaprojektowania muralu zaproszona została jedna z najbardziej rozpoznanych czeskich typografek, Petra Dočekalová (w czeskim Ołomuńcu, w ramach wymiany pracuje właśnie polski malarz Jan Porczyński). Liternictwo, które zaproponowała autorka przypomina odręczną kursywę, jaką ćwiczy się w zeszycie uczniowskim. W końcu to murek przed Szkołą. Treść na nim miała być ogólnie zrozumiała dla osób posługujących się językiem polskim lub czeskim. Oba przenikają się na tyle, by tworzyć czytelną całość, a wzajemnie przed sobą - uchodzić za dość sympatyczne, wzbudzać wesołość. Stąd pomysł na „dzień dobry den”, polsko-czeskie dzień dobry. Lingwistyczne dwa w jednym - i nie jest to nadużycie, czy żart. Z perspektywy naukowej to tzw. „aukslang”, język pomocniczy, który powstaje spontanicznie z potrzeby skutecznego, wzajemnego skomunikowania.
Tuż po wybuchu wojny w Ukrainie przyjęliśmy, że należy rozbudować pozdrowienie witacza. Żółto-niebieskie barwy traktowane są jako wizualny komunikat, „dzień dobry” dla nowoprzybyłych osób ukraińskich.To wyraz wzajemnej troski, która z racji Czeskiej prezydencji w Radzie Unii Europejskiej - jest gestem całej europejskiej wspólny. W naszym odczuciu to przyzwoite, nienarzucające się powitanie w odpowiednim miejscu, tuż przy uczęszczanym Dworcu Centralnym. Pozwolę sobie zacytować tu Jana Blejsza z Centrum Czeskiego: „Pamiętam jakie wrażenie wywołała na ośmioletniej dziewczynce z Zaporoża ogromna ukraińska flaga na Cosmopolitanie. Być może oswajała dla niej trochę ten dziwny kraj o szeleszczącej mowie, a na pewno, już bez wielkich słów, wywoływała uśmiech w tej ciężkiej godzinie.”
Łukasz Radziszewski